Technologia nie zabiła świata. Zabiła go nasze własne zniewolenie
Technologia miała być naszym sprzymierzeńcem.
Miałem dostać świat, w którym łatwiej żyć, kochać, tworzyć rodzinę.
Dostałem świat, w którym coraz trudniej w ogóle chcieć ciągłości.
Connor Leahy, mówiąc o spadku dzietności, trafia w sedno, którego trudno się pozbyć:
“Do you know how hard you have to abuse a mammal to make them not have children?”
— Connor Leahy
To zdanie jest jak policzek.
Człowiek to też ssak. I nagle widzę, że żyję w epoce, której udało się zrobić coś, czego nie osiąga nawet brutalna natura: odwrócić instynkt przekazywania życia. Nie przez jeden kataklizm, nie przez jedną wojnę, ale przez powolne, systemowe „przemeblowanie” środowiska, w którym żyjemy.
Leahy wskazuje na technologię, social media, algorytmy, dziki neoliberalizm. Nie dlatego, że są z natury złe, ale dlatego, że wypuściliśmy je jak na Dziki Zachód:
“We’ve treated technology as a Wild West.”
Oddaliśmy „całe nasze normy randkowania, całe nasze międzyludzkie normy” firmom, które optymalizują nie miłość, tylko powrót do aplikacji. Jeśli algorytm ma wybór między tym, żebyś zbudował trwały związek a tym, żebyś jeszcze raz przesunął palcem po ekranie — wybierze ekran. Zawsze.
To jest wzór całej epoki: wygoda zamiast formy, bodziec zamiast więzi, możliwość zamiast decyzji.
Taki świat nie zabrania mieć dzieci, ale sprawia, że coraz mniej ludzi widzi sens w budowaniu czegokolwiek trwałego.
W tej historii nie jestem tylko widzem.
I tu chcę powiedzieć coś brutalnie szczerze:
nie mam dzieci i nie jestem bez winy.
Nie zrzucam wszystkiego na algorytmy, korporacje i „zły system”.
Ten świat mnie ukształtował, ale ja też się zgodziłem na jego reguły częściej, niż chciałbym przyznać.
Dawałem się wciągać w tymczasowość. Odkładałem decyzje. Chowałem się w komforcie.
Przez lata mówiłem sobie, że „to jeszcze nie czas”, jakbym był zewnętrznym obserwatorem własnego życia.
Ten świat naprawdę mnie nadużył:
rozbił uwagę, wytrącił z rytmu, nauczył rozproszenia, zainstalował we mnie lęk przed przyszłością.
Ale ja też pozwoliłem się nadużyć. Jest we mnie udział w tej destrukcji. Nie jestem tylko ofiarą.
To nie jest tak, że ktoś nam zabrał sens życia jak złodziej z ulicy.
Raczej podpisaliśmy wiele małych umów: jeszcze jedna rozrywka, jeszcze jedno odłożenie decyzji, jeszcze jeden rok w zawieszeniu.
Każda z tych umów coś z nas odcinała.
Nikt nas do tego nie zmuszał bronią.
To był szantaż komfortem, któremu ulegaliśmy dobrowolnie.
I tu jest ta smutna, ale uczciwa konkluzja:
moja bezdzietność nie jest wyłącznie moją osobistą porażką, ale też nie jest całkiem niewinna.
Jest skutkiem epoki, w której „ssaki z pełnym żołądkiem” tracą wolę przekazywania świata dalej – ale jest też skutkiem moich decyzji, mojego milczenia, moich uników.
To boli.
I dobrze, że boli.
Bo jeśli „jazda na tygrysie” ma coś znaczyć, to nie może polegać na usprawiedliwianiu się.
Trzeba zobaczyć tygrysa takim, jaki jest:
systemowo okaleczającego nasze zdolności do bliskości i ciągłości.
I jednocześnie zobaczyć własne współuczestnictwo.
A jednak właśnie tu pojawia się nadzieja.
Nadzieja nie w tym, że nagle „naprawimy system” albo że technologia stanie się dobra.
Nadzieja w tym, że wciąż chcę.
Mimo rozczarowania, mimo zmęczenia, mimo winy, nie chcę już tylko patrzeć z boku, jak ten świat się zużywa.
Jest we mnie coś, co jeszcze nie zostało przerobione na feed.
Co jeszcze nie zostało zmonetyzowane.
Co jeszcze nie zostało zmechanizowane.
To jest ta część, która wciąż chce ciągłości, nawet jeśli nie wie, czy zdąży, czy potrafi.
Może więc pierwszy krok to powiedzieć:
tak, ja też w tym uczestniczyłem.
ale skoro jeszcze jestem w stanie to zobaczyć i nazwać,
to znaczy, że tygrys nie połknął mnie do końca.
To nie jest happy end.
To jest początek uczciwej jazdy na tygrysie:
widzieć destrukcję, przyjąć własną winę, nie rozgrzeszać epoki –
ale mimo wszystko wstać i powiedzieć: „chcę inaczej.”