Cognitive colonization jako nowa „antykolonialna” kolonizacja
Od lat słyszymy, że kolonializm był zły - i słusznie. W podręcznikach, serialach historycznych, hollywoodzkich produkcjach czy na uniwersytetach słowo „kolonizacja” jest używane głównie po to, by uprawiać pedagogikę wstydu: jedni mają się wiecznie tłumaczyć, inni - moralnie nad nimi unosić.
Tyle że w cieniu tej moralnej narracji wyrasta inna forma kolonizacji, o której mówi się znacznie mniej: cognitive colonization - kolonizacja myślenia. Nie chodzi już o zajmowanie ziemi, ale o zajmowanie języka, wyobraźni i kategorii, w których zwykli ludzie opisują siebie, swoją historię i swoją kulturę.
To nie jest fantastyka ani „teoria spiskowa”. W praktyce wygląda to jak bardzo nowoczesny ekosystem:
- globalna rozrywka tworząca jeden „wspólny” obraz normalności, w którym tradycja jest albo egzotycznym rekwizytem, albo problemem do „naprawy”,
- wielkie platformy technologiczne, które filtrują nie tylko informacje, ale też sposoby ich widzenia,
- środowiska akademickie i eksperckie, które dostarczają słownik „właściwego” opisywania świata - często w opozycji do lokalnych doświadczeń, religii czy pamięci narodowej.
Paradoks polega na tym, że wielu z tych aktorów najgłośniej potępia kolonializm historyczny, jednocześnie uczestnicząc w współczesnej kolonizacji umysłu. To oni uczą nas, jak „powinniśmy” patrzeć na własną przeszłość, własną kulturę i własne granice - i robią to tak skutecznie, że samo nazwanie problemu staje się podejrzane. Kto mówi o cognitive colonization, szybko słyszy, że przesadza, że to fantazja, że „brzmi jak spisek”.
Tymczasem tradycyjne kultury nie są niszczone w jeden widowiskowy dzień. One po prostu zanikają w praktyce:
- języki wypierane przez uniwersalny żargon globalnej komunikacji,
- lokalne narracje zastępowane przez jeden, importowany model dobra i zła,
- religie, obyczaje i tradycje sprowadzane do „problemu do rozwiązania” w imię postępu.
Cognitive colonization działa subtelnie: zamiast zakazać, uczy wstydzić się własnej tradycji; zamiast zburzyć, proponuje „modernizację”, w której sedno znika przy okazji gdzieś za kulisami i po cichu.
Można się oczywiście pocieszać, że to tylko „normalna globalizacja”. Można też zadać mniej wygodne pytanie: kto dzisiaj ma realną władzę nad tym, jak młodzi ludzie myślą o swojej historii, tożsamości i przyszłości? I czy naprawdę jest przypadkiem, że ci sami ludzie, którzy ustawiają im ten obraz świata, tak bardzo nie lubią słowa „kolonizacja” w jego współczesnej, poznawczej wersji.
Ciekawym symbolem tej zmiany jest droga, jaką przeszła sama ikona „wolnego myślenia”. 42 lata temu Apple mówiło „Think different” - myśl inaczej, wyjdź poza schemat. Dziś przekaz wielu wielkich firm technologicznych można streścić raczej jako „Think like us”: korzystaj z naszych narzędzi, naszych narracji, naszych modeli świata.
Jeszcze w latach 90. Jobs był opisywany jako buntownik, hippis-wolnomyśliciel. Dziś młody amerykański marksista potrafi nazwać go w książce „Palo Alto” niemal „faszystą” - słowem, które stało się młotkiem do wbijania każdej niewygodnej historii czy postaci. Tyle trwała ta droga: niecałe pół wieku od hasła wolnego myślenia do kulturowej presji na jeden „właściwy” sposób myślenia. Od manifestacji z transparentami “Free speech” do powrotu cenzury całej na biało. Od wzniosłych haseł o końcu historii do ziszczania się na naszych oczach ponurych dystopii.
Co innego nam obiecywano po końcu zimnej wojny…